Szanujmy wspomnienia
Węgiel brunatny w polskiej energetyce zaczął
odgrywać poważną rolę dopiero w drugiej połowie ubiegłego wieku. Wprawdzie
Kopalnia Turów zaraz w latach powojennych dostarczała paliwa do około 20
procent wschodnio-europejskiej energetyki, ale elektrownie były po drugiej
stronie Nysy Łużyckiej.
Dopiero budowa największej wtedy Elektrowni Turów i Zespołu
PAK (Pątnów - Adamów - Konin), które zaczęły dostarczać ponad
20 procent krajowej energii elektrycznej i umożliwiły rozpoczęcie powszechnej
elektryfikacji kraju - spowodowały, że popatrzono na nas łaskawszym
okiem. Ale pupilkiem nigdy nie byliśmy. Pozostawaliśmy zawsze w cieniu
Wielkiego Brata - węgla kamiennego. Tam płynęły splendory, nagrody,
reglamentowane towary i przywileje. Do nas docierały one z opóźnieniem i poważnie
okrojone.
Miało to swoje zalety. Uczyło nas to zaradności i powodowało,
że na stanowiska kierownicze w branży nie pchali się działacze polityczni.
Zawsze byli to fachowcy, którzy bardzo dbali o wiedzę techniczną i starali się
ją pogłębiać. Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Górnictwa cieszyło
się wysokim autorytetem.
Ale jak się okazało, najgorsze mieliśmy przed sobą. W połowie
lat 70. zauważono, że ze środowiskiem naturalnym w Polsce dzieje się coraz
gorzej. Poszliśmy na pierwszy ogień. Wielkiego przemysłu chroniła pilnie
cenzura. Nas sobie odpuszczono. Staliśmy się przysłowiowym pochyłym drzewem.
Nie szczędzono epitetów i pomówień. Turów to był czarny trójkąt albo
inaczej trójkąt śmierci, PAK - "smokiem, który zjada własny
ogon", Bełchatów - przykładem "największej zbrodni na środowisku",
która "będzie skutkować przez stulecia" itp. itd. Nie pomogły
nawet takie fakty jak uratowanie przez elektrownie na węglu brunatnym systemu
energetycznego kraju w trakcie zimy stulecia (1979 r.) oraz fakt, że gdy ruszył
Bełchatów, skończył się trwający prawie 10 lat okres reglamentacji prądu
elektrycznego (słynne "stopnie zasilania").
Okres "transformacji ustrojowej" nie przyniósł
ulgi. Wręcz przeciwnie. Likwidacja niektórych energochłonnych przemysłów
spowodowała,
że zaczęto mówić o likwidacji Adamowa, nie chciano też słyszeć o budowie
Szczercowa.
Ale my byliśmy już zahartowani w bojach
o istnienie. W styczniu 1990 roku powstała nieformalna zmowa kopalń, która
przyjęła nazwę Porozumienie Producentów Węgla Brunatnego. Dwa lata później
korzystając z odpowiedniej ustawy zarejestrowaliśmy się w Sądzie w Koninie
jako Związek Pracodawców Porozumienie Producentów Węgla Brunatnego. Ale
dzieje działalności PPWB to już temat na inne wspomnienia, kto wie, może
nawet na naukową dysertację.
Już na pierwszym Zebraniu Ogólnym powstała myśl wydawania
wydawnictwa informującego o działalności PPWB. Ale po szerokiej dyskusji
i skorzystaniu z rad mądrych podpowiadaczy postanowiono, że będzie to
wydawnictwo, które pokaże branżę wszechstronnie, na poważnym poziomie
merytorycznym i w przyzwoitej szacie graficznej.
Za priorytetowe uznano problemy: ochrony środowiska,
ekonomiki (taniość energii wytwarzanej na tym paliwie), dyspozycyjność i
fakt,
że posiadamy drugie co do wielkości zasoby tego surowca w Europie
i piąte na świecie. Zasoby te gwarantują suwerenność polskiej energetyki
i poważną ilość miejsc pracy.
Wszystkie te problemy były prezentowane w Biuletynie w sposób
poważny, głęboko uzasadniony naukowo i poparty rzetelną informacją rzeczową.
Unikaliśmy taniej autoreklamy i pisania półprawdy. Takie postępowanie zaczęło
owocować. Już w połowie lat 90. umilkła wrzawa wokół węgla brunatnego
jako "truciciela" oraz "dewastatora przyrody i środowiska"
itp. W różnych mediach zaczęły się ukazywać rzeczowe informacje, szczególnie
ekonomiczne (węgiel brunatny od 1987 roku nie był dotowany), coraz częściej,
co z zadowoleniem stwierdzaliśmy, zaczerpnięte one były z naszego Biuletynu.
Na konferencjach, spotkaniach i naradach "na szczeblu" cytowano
Biuletyn, a nasze informacje statystyczne stały się swego rodzaju wzorcem.
Poważni naukowcy i działacze gospodarczy nadsyłali nam
artykuły
z prośbą o ich publikacje. Był to swego rodzaju fenomen. W czasach, kiedy
działanie w "czynie społecznym" zostało wystarczająco ośmieszone,
zaś pogoń za pieniądzem stała się powszechna, nasz Biuletyn nie płacił
honorariów autorskich i nigdy nie brakowało nam materiałów. Wielka to zasługa
wszystkich autorów. W szczególności wyrazy szacunku i uznania należą się
Profesorom z Katedry Górnictwa Odkrywkowego Akademii Górniczo-Hutniczej w
Krakowie, Politechniki Wrocławskiej i Warszawskiej,
a także Państwowemu Instytutowi Geologicznemu. Uczeni ci nie tylko publikowali
swoje artykuły, ale również inicjowali opracowanie naukowe wśród młodej
kadry inżynierskiej w kopalniach. Bardzo ważną rolę odgrywał "Poltegor"
(oba jego człony - Instytut i Projekt). Nie tylko, że płynęły stamtąd
poważne artykuły, ale istotne uwagi i wskazówki dla redakcji (czasem
cierpkie, ale i te były cenne).
O roli Biuletynu napisali już w 50. jubileuszowym numerze
Panowie: Prezes PPWB Stanisław Żuk, Zbyszek Dobrzyński i Stanisław Kowalczyk.
Może więc należałoby pomyśleć - co jeszcze? Może powinna powrócić
tematyka pozaenergetycznego wykorzystania węgla brunatnego, szczególności w
rekultywacji i rolnictwie. Maszyny i urządzenia, technika wydobycia - to ważne
tematy, ale Biuletyn jest również nie tylko vademecum górniczym, ale
publikacją szeroko traktującą temat.
Ale moich wspomnień ciąg dalszy... i proszę mi wybaczyć
trochę osobistych refleksji. Otóż przez te 10 lat redagowania byłem
traktowany bardzo życzliwie zarówno przez kierownictwo Porozumienia i kopalń,
jak
i załóg poszczególnych firm, z którymi spotykałem się dosyć często.
W czasach, w których stało się modne ostre krytykowanie (ostatnio szczególnie
niewybredne) traktowano mnie przyjaźnie i z wyraźną aprobatą mojej działalności.
To miłe po latach trudnych, burzliwych, ale przecież nie zmarnowanych.
Dziś osiadłszy na skraju Puszczy Białej mogę się
spokojnie rozpamiętywać. Tym bardziej, że na podstawie ostatnich numerów
Biuletynu wydanych już bez mojego udziału mogę z przyjemnością stwierdzić,
że choć szata graficzna została zmieniona - idea Biuletynu pozostała.
Chwała
i dzięki za to moim młodym następcom. i tak trzymać! Szczęść Boże!
Karol Bielikowski
emeryt, były Redaktor Naczelny
PS. Szanownym kolegom Stanisławowi Kowalczykowi, Zbyszkowi
Dobrzyńskiemu i Henrykowi Izydorczykowi dziękuję za ciepłe słowa o mnie w
ich artykułach. Bóg zapłać.
K.B.
